• Marta Burzyńska

DOLINA BALIEM - JAK SAMODZIELNIE ZORGANIZOWAĆ WYPRAWĘ?


Swoją przygodę z Doliną Baliem rozpoczynamy od podróży z Sorong do Jayapury, gdzie robimy jednodniowy przystanek na załatwienie formalności przed dalszą wyprawą, ale o tym opowiemy później. Jayapura jako miasto nie wzbudziło w nas żadnych emocji. Gdyby nie fakt, że potrzebowaliśmy wyrobić pozwolenie na pobyt w interiorze Papui, oraz że samoloty do Wameny wylatują wcześnie rano pewnie byśmy się tu nie zatrzymali. Swoją drogą pojęcie czasu jeśli chodzi o samoloty w tym regionie świata jest rzeczą dość względną i opóźnienia 1-2 godzinne są całkowicie normalne. Po załatwieniu zezwoleń i spędzonej nocy w hotelu udaliśmy się na lotnisko skąd wyruszyliśmy do Wameny. Po wylądowaniu udaliśmy się do hotelu – zbyt dużego wyboru tu nie ma, jest to jedyny hotel w całym mieście, oddalony od lotniska jakieś 15 min spacerem. Szybkie zakwaterowanie, pomoc recepcjonistki w załatwieniu przewodnika i jeszcze tego samego dnia, aby nie tracić czasu ruszamy w drogę. Musimy przyznać widoki są malownicze, ludzie pomocni i przyjaźnie nastwieni do turystów, choć dzikość tego regionu zaczyna być niszczona przez napływ białych i „pieniądza”. Miejscowi na każdym kroku za zrobienie zdjęcia żądają drobnej opłaty, lub papierosa w ramach opłaty.

Pierwszym naszym przystankiem jest wioska Jiwika gdzie zatrzymujemy się w niezwykle realistycznym skansenie, przywitani przez tradycyjnie ubranych ludzi (a raczej rozebranych). Rząd malutkich chatek, ustawionych w kształcie litery „U”. W centralnej części znajduje się chata wodza, który trzyma w niej 200 letnią, uwędzoną mumię wodza. Wędzenie, jak widać, jest sposobem konserwacji równie dobrym, co balsamowanie. Mumia zachowała kształt paznokci i sporo twarzy. Patrząc w oczodoły i szczękę wykrzywioną, w ni to uśmiechu, ni to krzyku miałam nadzieję, że nieszczęśnika nie wędzono żywcem. Sam skansen jak dla nas stał się komercyjny i nastwiony na turystów, poza opłatą za „wstęp do wioski” jej mieszkańcy za wykonane w niej zdjęcia także żądają dodatkowej opłaty dla każdego z osobna.

Po zakończeniu wizyty pojechaliśmy jeszcze na tutejszy targ, gdzie lokalna ludność sprzedaje owoce, warzywa, mięso, ozdoby, ubrania i wszystko, czego papuaska dusza może zapragnąć. Następnie udaliśmy się na wzgórze Napua oferujące niepowtarzalną panoramę na Dolinę Baliem, której widoki popsuła ulewa, a raczej ściana deszczu, jaka pojawiała się podczas naszego pobytu codziennie około godziny szesnastej . Na tym zakończyliśmy pierwszy dzień w tej uroczej dolinie.

Kolejny dzień rozpoczynamy dość wcześnie rano i udajemy się na trekking w góry. Początkowy etap przemierzamy samochodem, stan dróg pozostawia wiele do życzenia. Fragmentami asfalt po prostu nie istnieje, został porwany przez spływającą wodę z gór w czasie pory deszczowej, więc droga jest uformowana przez siły natury. Po dojechaniu do punktu, skąd musimy wyruszyć pieszo rozpoczyna się przygoda… strumień bez mostu, który pokonywało się częściowo brodząc w lodowatej, bardzo rwącej wodzie, częściowo skacząc po wystających z wody głazach, uważając, by się nie przewrócić, gdyż bardzo wartki prąd mógł bez problemu nas wciągnąć.

Kolejny dzień spędziliśmy na dalszym trekkingu po dolinie, a zakończyliśmy go w wiosce zamieszkiwanej przez plemię Danii. Zobaczyliśmy pokaz technik walk ludu Danii, oraz wzięliśmy udział w pieczeniu świni. Zwierzę zostało zabite przy pomocy łuku i strzał, a następnie pieczone z warzywami i słodkimi ziemniakami na rozpalonym w tradycyjny sposób ogniu. Kobiety układają ziemniaki na żarze, następnie obkładają je zielonymi liśćmi batatów, oraz kilkoma warstwami siana i liści palmowych. Ziemniaki pieką się w czymś, w rodzaju kopca, około 2 godzin. Przyznam szczerze nie zdecydowaliśmy się na skosztowanie świnki, higiena przyrządzania posiłku i jego podawania pozostawiała wiele do życzenia. Ja spróbowałam jedynie bataty, które miały smak będący połączeniem ziemniaka i marchewki, nie różniący się zbytnio od tych dostępnych w naszych sklepach. Za to mieszkańcy z takiego obrotu spraw byli bardzo zadowoleni, świnka została skonsumowana na rozłożonych na ziemi liściach. To był ostatni etap naszego 3 dniowego pobytu w tym rejonie. Z chęcią wrócilibyśmy tu ponownie na dłuży trekking w bardziej oddalone od cywilizacji i komercji rejony.

Jak dostać się do Doliny Baliem


Dolina Baliem nie posiada żadnych połączeń lądowych z miastami na Papui (należącej do Indonezji części wyspy Nowej Gwinei). Można się tu dostać jedynie samolotem kursującym miedzy Jayapurą, a Wameną. My zdecydowaliśmy się na nocleg w Jayapurze . Samoloty do Wameny kursują tylko rano, a w Jayapurze załatwiliśmy tak zwane Surat jalan czyli zgodę na pobyt w interiorze Papui, bez niego ani rusz. Oficjalnie, przebywanie na terenie prowincji i przemieszczanie się w jej obrębie, objęte jest restrykcjami administracyjnymi. Jeszcze kilka lat temu część terenów była całkowicie poza zasięgiem przybyszów z zewnątrz. Przepisy są stopniowo liberalizowane, ale tak czy inaczej nie wszystkie rejony są otwarte dla cudzoziemców. Do jej wyrobienia potrzebne są 2 zdjęcia, oraz kserokopia paszportu (strona z danymi, strona z wizą i pieczątką potwierdzającą wjazd do Indonezji) , z którymi udajemy się na posterunek policji (PolRes), gdzie takie zgody są wydawane. Zwykle zajmuje to 1-2 godziny w zależności od chęci pomocy urzędnika, warto do paszportu włożyć niedużą kwotę - zawsze to skraca czas oczekiwania. Dokument wydawany jest bezpłatnie. Warto zrobić sobie kilka kopii tego dokumentu, podczas trekkingu, czy nawet na lotnisku w Wamenie podczas kontroli trzeba zostawić kopię Surat jalan. Nieposiadanie stosownego surat jalan może stać się źródłem kłopotów – oczywiście wszystko zależy od nastawienia i wyrozumiałości urzędnika, czasami rozwiązaniem kłopotów jest uiszczenie dużo wyższej „opłaty administracyjnej”, w skrajnych wypadkach zawróceniem z trasy i grzywną, tudzież problemami z kolejnym wjazdem do Papui. Więc lepiej to mieć…

Wamena

Wamena jest niedużą osadą z około 10 tysiącami mieszkańców, którzy chętnie będą służyć jako przewodnicy w czasie wyprawy po dżungli. Miejscowość ta jest główną bazą wypadową do zwiedzania Doliny Baliem. W Wamenie jest tylko jeden hotel i kilka tak zwanych „Homestay”, więc baza noclegowa nie jest zbytnio rozbudowana. Warto wybrać się na targ gdzie zbiera się miejscowa ludność i sprzedaje lokalne produkty ( warzywa, owoce, drewno na opał).

Baliem Valley Festival


Co roku, w połowie sierpnia w Wamenie celebrowane jest duże święto zwane Baliem Valley Festival. Festiwal ten jest największym wdarzeniem kulturalnym w tym rejonie. Jeżeli, ktoś wybiera się w tym okresie warto zarezerwować sobie nocleg znacznie wcześniej.

Papuasi


Dżungla zamieszkiwana jest przez takie plemiona Papuasów jak między innymi Yali, Lani i Dani – do nich można dotrzeć najszybciej. Nieco więcej czasu (około dwa tygodnie marszem w jedną stronę przez gęstą dżunglę) należy poświęcić, aby odwiedzić plemiona Korowajów. Plemię to buduje swoje domy w koronach drzew. Jeszcze bardziej „dzikim” plemieniem są Kombajowie.

Obecnie, ze względu na częstą obecność zarówno turystów jak i misjonarzy, plemiona Papuasów żyją inaczej niż dotychczas. Kobiety nie chodzą już nago (mężczyźni dawniej zakrywali tylko penisy futerałami z tykwy), wszyscy mają t-shirty i spodnie. Niemniej, jeśli odpowiednio się zapłaci, można namówić rdzennych mieszkańców do tego, aby przebrali się w tradycyjne stroje i zatańczyli swoje tradycyjne tańce.

Mężczyźni chodzą praktycznie nago, a na penisy zakładają tzw. koteki, czyli wydrążone owoce tykwy, które przymocowuje się tasiemką bądź sznurkiem do ciała. Wielu do nosa wkłada sobie kły świń, a ciała pokrywane są czasem błotem. Kobiety natomiast ubierają trawiastą spódnicę i mają nagą klatkę. Na głowach zawsze są jakieś dekoracje, często zrobione z kłów, liści bądź piór.